Śmiercionośna mgła |
|
|
. . . . . . . |
Żołnierz Polski 3/2003, 2003-03-17 Czy to godne żołnierza, by ginął od trutki, niczym szczur? Tak było 88 lat temu pod belgijskim miastem Ypres. Dla niektórych 22 kwietnia 1915 roku był bezprecedensowym aktem terroru. Historia może się powtórzyć. Gdy nocą 30 marca 1915 r. do francuskich pozycji pod Ypres przedarł się niemiecki dezerter, nikogo to nie zdziwiło. Co jakiś czas Alzatczycy albo Polacy uciekali spod pruskich sztandarów, gnani sumieniem albo zwykłym strachem. Tym razem dezertera doprowadzono najpierw do dowódcy kompanii. Kapitan, który właśnie przejął obowiązki po zabitym poprzedniku, nie miał ochoty rozmawiać ze zbiegiem. Dezerter trafił do sztabu batalionu, gdzie zliczano straty po wieczornym szturmie na niemieckie pozycje: 456 zabitych, 234 rannych, 12 zaginionych. Nikt nie miał głowy do przesłuchań, choć jeniec coraz żywiej domagał się rozmowy z oficerem. Ostatecznie w dowództwie dywizji znalazł się major gotów go wysłuchać. I zamiast opowieści o pogardzie dla Prusaków, usłyszał zadziwiającą historię. Jeniec mówił: "W naszych transzejach znajduje się ogromna liczba butli wysokich na 1,40 m. Zawierają trujący gaz. Nie wolno się do nich zbliżać. Jeszcze nie były używane, bo brakowało pomyślnego wiatru. Operator butli ma specjalny aparat na głowę. Wszyscy nosimy tampony na ustach i na nosie." Kiedy w 1917 r. Amerykanie przystąpili do wojny, gazy bojowe były już codziennością frontowych walk. Majora Yvesa Perraulta zdziwiły te osobliwe zeznania, ale nie uznał ich za tak istotne, by niepokoić dowódcę dywizji generała de Molaca, który właśnie spał. I tak nikt mu nie uwierzył. Czy można kogoś otruć gazem w szczerym polu, pod bezmiarem nieba? Zresztą, konwencja haska zakazywała stosowania lotnych trucizn. Niemcy pokazali już światu swoje barbarzyństwo, paląc belgijskie miasta i strzelając do cywili, ale tak daleko by się przecież nie posunęli. W końcu to Europejczycy. Bez wystrzału
- To wspaniały wynalazek - ekscytował się profesor Heinz Meyer. - Jakaż to oszczędność! Zamiast setek tysięcy pocisków wystrzelonych w próżnię, odkręcamy zawory, a śmiercionośna chmura spowija całe armie przeciwnika, wciskając się w każdą szczelinę. Nikt nie ucieknie, nikt się nie schroni. Bez wystrzału zajmiemy nietknięty sprzęt, amunicję, zapasy...
Meyer ożywił się: - Główny synoptyk potwierdza, że jutro nastąpią idealne warunki atmosferyczne.
- Co to jest, do cholery? - mruczał pod nosem sierżant John Hopkins, obserwując przedpole przez lornetkę. Wraz z nim setki brytyjskich i francuskich żołnierzy wpatrywały się w gęstniejącą, żółtozielonkawą mgłę, która z wolna unosiła się z niemieckich pozycji i formowała gęsty, wirujący kłąb. Czoło dymu niespiesznie przemieszczało się z lekkim wiatrem, który wiał żołnierzom prosto w twarze. Maski włóż! Atak gazowy spod Ypres (zwany też napadem falowym) z 22 kwietnia 1915 r. był okrutny i jednocześnie prymitywny. Niemcy wypuścili chlor z tysięcy butli, ryzykując zmianę kierunku wiatru. Mimo to, podstęp odniósł piorunujący skutek, który zaskoczył obie strony. Alianci byli zupełnie nieprzygotowani i przeżyli szok, zaś Niemcy nie potrafili wykorzystać straszliwego efektu i pójść za ciosem. Wkrótce Francuzi i Anglicy sami zaczęli używać gazów bojowych, a wojna pozycyjna przeistoczyła się w pozycyjną wojnę chemiczną. Dzień pierwszego ataku spod Ypres uważa się za początek współczesnej broni C. Skutki tego wydarzenia wszyscy żołnierze na świecie odczuwają do dziś za sprawą uciążliwych zajęć w maskach. Mimo że nigdy po I wojnie nie użyto bojowych środków trujących na taka wielką skalę, maska przeciwgazowa nadal pozostaje podstawowym środkiem ochronnym wszystkich żołnierzy.
Sierżant Hopkins wiele widział. Nosił dwie kule w żebrach i uważał je za nieomylny barometr kłopotów. Tego ranka rwały niemiłosiernie. Zsunął się ze stanowiska i energicznym krokiem pospieszył na drugi koniec okopu obsadzonego przez jego pluton. Postrach niemieckiej piechoty, ciężki karabin maszynowy systemu Maxima, znajdował się na umocnionym podwyższeniu. Stąd, przez szparę widziało się przedpole znacznie lepiej. Obsługa śmiercionośnej machiny wpatrywała się w sunące czoło mgły jak zahipnotyzowana. Sierżant zatrzymał wzrok na twarzy kaprala, który odwrócił się z wyraźnym pytaniem w oczach. Mdły zapach
Dowództwo dywizji ze wzgórza obserwowało falę dymu zasnuwającą całą okolicę. Równoległe siwe linie wychodziły z siatki niemieckich okopów, ciągnęły się przez pas ziemi niczyjej, pokrywając mglistymi obłokami labirynty brytyjskich i francuskich transzei. Generał Jean de Molac w milczeniu spoglądał przez lunetę, obserwując monumentalny spektakl rozgrywający się na belgijskiej równinie. Napięcie przerwało wtargnięcie kapitana Lassage, szefa łączności. Charkot i rzężenie Odgłosy ostrego, suchego kasłania rozbiegły się po całej linii, niebawem przeobraziły się w charkot i rzężenie. Hopkins czuł przenikliwy ból w klatce piersiowej. Organizmem wstrząsnął paroksyzm kaszlu. Jeden, drugi, trzeci. Oczy sierżanta silnie łzawiły i piekły nie do zniesienia. Otarł je odruchowo rękawem płaszcza, ale nic nie pomogło. Rozległo się znajome staccato maxima - to przerażony Smith nie wytrzymał i zaczął pruć do niewidocznego przeciwnika. Sierżant Hopkins upadł na ziemię, chustką zasłonił usta i nos. Zaczął łapczywie łapać powietrze tuż przy gruncie. Odczuł ulgę, choć ból w klatce zdawał się wyrywać płuca kawałek po kawałku. Przez łzy, z ledwością dojrzał zarysy sylwetek swoich żołnierzy wijących się, plujących krwią, wymiotujących. Wszystko spowijał duszący dym o ohydnej woni, a każdy oddech był torturą. W jednej chwili zrozumiał, że lata jego służby dla króla i imperium właśnie legły w gruzach. Opanowanie, odwaga, poświęcenie, szacunek żołnierzy, znajomość wojennego rzemiosła - teraz wszystko było na nic. Znane przypadki użycia broni C po I wojnie światowej
1936 - agresja Włoch na Etiopię i użycie iperytu przeciwko oddziałom etiopskim. Z ogólnej liczby 50 tys. poległych Etiopczyków, aż 15 tys. zginęło od gazów bojowych. 0,87 trupa na butlę
- Panowie, atak przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania! - mówił tryumfalnie prof. Meyer. - Użyliśmy 5 700 butli, w sumie 180 ton chloru, który został w postaci pary uniesiony wiatrem na pozycje wroga. Zginęło co najmniej 5 tysięcy Francuzów i Anglików. Dalsze 15 tysięcy uczyniliśmy niezdolnymi do walki... Daje to nam 0,87 trupa na jedną butlę z gazem. Podstępna broń Już prymitywne ludy maczały ostrza strzał i dzid w roślinnych i zwierzęcych jadach. Broni chemicznej używali w starożytności Grecy, Persowie i inni, zarzucając przeciwnika pociskami z zapaloną siarką czy smołą. W średniowieczu kodeks rycerski zabraniał stosowania tej broni jako niehonorowej. W bitwie pod Legnicą (1240 r.) wojska mongolskie użyły jednak "cuchnących dymów" przeciwko europejskiemu rycerstwu, które poniosło sromotną klęskę. Nowoczesna broń C to wynalazek epoki industrialnej. Już w czasie wojny secesyjnej w USA niejaki John Doughty z Nowego Jorku zabiegał o zaatakowanie wojsk Południa właśnie chlorem, i to w pociskach artyleryjskich. Historia o takim ataku nie wspomina, więc pomysł uznano zapewne za barbarzyński lub niedorzeczny. Niemieckie dowództwo po 53 latach miało inne zdanie. Podczas I wojny obie strony wykonały około 800 napadów falowych. Chlor jednak przestał spełniać swą rolę, gdyż wojska nauczyły się przed nim chronić. Poza tym atak "z wiatrem" uznano za niepraktyczny i niepewny, a chlor nie bardzo nadawał się stosowania w pociskach. W zaciszach niemieckich laboratoriów opracowano gaz musztardowy, który po dziś dzień stanowi podstawowy bojowy środek trujący. W 1917 r. na pozycje angielskie pod Ypres spadły pierwsze pociski z musztardowym gazem, powodując kolejną hekatombę żołnierzy - ponad 6000 porażonych w ciągu jednej nocy. W ciągu pierwszego miesiąca stosowania nowego środka straty były większe, niż podczas wszystkich poprzednich ataków chlorem. Gaz musztardowy działał okrutnie, bo z opóźnieniem, wywołując w przypadku przeżycia ciężkie poparzenia, ślepotę i ogólne zatrucie utrzymujące się tygodniami. Stosowano także duszący fosgen o charakterystycznym zapachu siana. O skali chemicznego horroru pierwszej wojny świadczy fakt, że w 1918 r. połowa niemieckiej amunicji armatniej zawierała bojowe środki trujące. W sumie wystrzelono ponad 9 mln pocisków iperytowych. Po wojnie broń C uroczyście wyklęto, a laboratoria... rozpoczęły tajne prace nad jeszcze straszniejszymi rodzajami niewidzialnej śmierci. Prym wiedli Niemcy, opracowując w 1936 r. tabun - pierwszy gaz atakujący system nerwowy, o działaniu kilkakrotnie bardziej zabójczym niż iperyt. W czasie II wojny Hitler dysponował ogromnymi zapasami tabunu, których jednak nie odważył się użyć w obawie przed odwetem. Na szczęście wywiad niemiecki nie znał prawdy. Alianci mogli odpowiedzieć jedynie gazami z I wojny. W 1945 r. III Rzesza dysponowała jeszcze bardziej zabójczymi gazami działającymi na układ nerwowy - sarinem i somanem. Jeden z brytyjskich oficerów stwierdził w 1944 r., odkrywając składy niemieckiej broni C, że gdyby Hitler użył jej przeciwko Anglii, alianci ponieśliby straszliwą klęskę. Przez całą wojnę obie strony były w ciągłym pogotowiu na wypadek użycia gazów i konieczności odwetu.
Po wojnie opracowano jeszcze potężniejszy gaz działający na system nerwowy - Vx. Jego śmiertelna skuteczność jest tysiące razy większa od iperytu. Inną odmianą broni C są defolianty, czyli substancje powodujące opadanie liści. Amerykanie używali ich masowo podczas wojny wietnamskiej (1964-1974), powodując wymieranie dżungli, która stanowiła osłonę dla Wietkongu.
Wojciech Kwilecki
|
|
|
|